ARTYKUŁ

Musztarda poważnie szkodzi zdrowiu. Nie szkodzi | Arkadiusz Majewski, Red Bird

Nie wiem jak Wy, ale ja mam jakieś 43 lata. Piszę „jakieś”, bo mentalnie chciałbym być już emerytem. Albo przynajmniej dróżnikiem. Otóż, kiedy byłem nastolatkiem - rodzice w pracy, a ja z kluczem na szyi biegałem za piłką lub siedziałem na trzepaku, to najszybszą przekąską, jeśli akurat wróciłem do domu przed rodzicami, był chleb z masłem i musztardą sarepską.

Arkadiusz Majewski
Właściciel Red Bird

Cieszyłem się tym smakołykiem dość długi czas, kilka lat, aż pewnego dnia wyczytałem w gazecie, że amerykańscy naukowcy odkryli, że musztarda szkodzi. Aha, gwoli wyjaśnienia, świat naukowy dzielił się wtedy na naukowców amerykańskich albo radzieckich. Nie było wtedy Internetu, żeby zweryfikować tę informację, trzeba było uwierzyć. Zaprzestałem więc tej niezdrowej przekąski (przerzucając się na bułkę poznańską i kefir) w trosce o swoje zdrowie. Kilka lub kilkanaście lat później w innej gazecie (nadal nie było Internetu) odkryłem informację, że rosyjscy naukowcy odkryli, że musztarda jest zdrowa. Niestety, dla mnie już było za późno. Moje kubki smakowe na długi czas utraciły zdolność odczuwania przyjemności ze spożywania wyżej wymienionej.

Potem sytuacja powtórzyła się, o ile pamiętam, z kawą. Jedni naukowcy ogłaszali, że szkodzi, inni że zawiera antyoksydanty i generalnie jest zdrowa. Później jeszcze czerwone wino, kurczaki i parę innych popularnych produktów spożywczych naprzemiennie było piętnowane i wychwalane pod niebiosa. Przypominam, że nadal nie było Internetu, albo jeśli już był to był słabo dostępny.

Co do cholery robi musztarda w magazynie o marketingu?
(przyciąga uwagę oczywiście, ale ja nie o tym).

Otóż, co rusz natykam się na porady samozwańczych geniuszy (jest już Internet) z każdej dziedziny i podążający za nimi łańcuszek fanów. Brian Tracy musi być przeszczęśliwy, że jego porady jak zostać ekspertem, można wcielić w życie tak łatwo. Publikować może każdy. Sukces jest w zasięgu ręki. „Poznaj 5 sposobów na zdobycie klientów”, „10 sposobów na pokonanie konkurencji”, „7 metod, które musisz znać, aby zwiększyć obroty firmy”, „3 sposoby na powiększanie penisa”, a nie to nie ta tematyka…

Czy to ma jakąkolwiek wartość? (no może poza tym ostatnim). Czy jest tu ktoś, kto zastosował chociaż jeden z tych tutoriali w jakiejkolwiek dziedzinie współczesnego marketingu i faktycznie teraz siedzi na Majorce i kręci młynka palcami w hamaku? Ja znam jednego, który tego nie zrobił. Steve Jobs. Facet, który nazwał firmę tak, że nie miała prawa odnieść sukcesu już po samej nazwie. Firma, która miała logo tak banalne, że nie mogła być firmą komputerową. Facet, który nie wynalazł nic nowego, ale połączył kilka innych wynalazków w taki sposób, że inni pukali się w czoło.

Zmierzam do tego, że w czasach kiedy wybory w mocarstwowym państwie może wygrać idiota1, tylko dlatego, że tysiące ludzi sugeruje się tym, co wyczyta w Internecie, warto jednak iść pod prąd. I robić swoje. Jeśli tylko Ty sam jesteś przekonany o słuszności takiego postępowania. I sądzę, że ma to zastosowanie także w marketingu. Na pewno wiecie, że jest taka szkoła, że newsletter należy wysyłać w środę rano. Wiecie to na pewno, bo tak mówią dane. Mówiły. Jakiś czas temu. Musztarda kiedyś była zdrowa, a potem szkodziła. Google kiedyś opierało pozycję stron na tytule strony, słowach kluczowych i znacznikach meta. Kiedyś. A propos Google to ciekawe, że płacimy firmie za coś czego rezultat jest nam, jako klientom nieznany (algorytm Google’a). To tak jakby zamówić malarza do pomalowania mieszkania, a on by odpowiedział „dobra, malujemy, ale nie powiem kiedy i na jaki kolor będzie pomalowane. A może w ogóle to położymy tapetę”. Algorytm się zmieni, a Wy zostajecie z tymi meta w nagłówku jak Himilsbach z angielskim.

Stawiam taką tezę, że zachowania i reakcje klientów nie tyle się zmieniają w tych czasach, co zawsze były różnorodne, tylko o tym nie wiedzieliśmy. Teraz przy dostatecznie dużej liczbie danych (liczbie podłączonych do Internetu) możemy znaleźć dowolnie wybraną grupę, na którą zadziała nasz przekaz. O ile oczywiście wyjdziemy poza schemat przykładowego wysyłania newslettera w środę rano.

To oczywiście jest męczące. Mnie przynajmniej męczy marketingowo. Byłoby mi o wiele prościej podążać utartymi ścieżkami. Ponieważ jednak nie mam natury owcy eksperymentuję, sprawdzam i znowu eksperymentuję. Nie odkrywam niczego nowego, bardziej staram się połączyć już istniejące „wynalazki” i stworzyć swoją receptę na sukces. Przykład Jobs’a, ale także wielu innych firm, jest dla mnie dowodem, że warto iść swoją drogą, nawet w przypadku przytłaczających danych świadczących o zupełnie przeciwnych potrzebach klientów. Takim produktem stworzonym przeze mnie są klocki Alexandra. Znacie historię? To posłuchajcie. Nikt ich nie chciał dla mnie produkować. Zwróciłem się kilka lat temu do kilku wytwórców podobnych produktów z drewna. Za każdym razem kiedy dowiadywali się, że każdy klocek jest inny i że trzeba je robić ręcznie odmawiali. Jeden zadeklarował, że może zaprogramować maszyny CNC i wtedy wszystkie klocki byłby jednakowe. Ja odmówiłem. Generalnie nie dało się ich produkować w Polsce. Uparłem się, kupiłem maszyny do obróbki drewna zatrudniłem dwie osoby i wystartowaliśmy. Jest to obecnie jeden z naszych najpopularniejszych produktów. I o dziwo w świecie cyfrowym, urządzeń mobilnych okazuje się, że ludzie lubią wziąć do ręki ręcznie obrobiony kawałek drewna o pięknym zapachu wosku z wygrawerowanym logo ich firmy. Gdybym założył, że takie zabawki nie są już popularne, a tym bardziej uwierzył, że nie da się ich wyprodukować, byłaby już musztarda po obiedzie.

PS. Naukowcy właśnie odkryli, że jajka już nie szkodzą, należy je jeść w całości. Ale jaja. Co nie?

1 - określenie to zostało użyte w książce „Ogień i furia. Biały dom Trumpa” autorstwa Michael Wolff.

Artykuł ukazał się OOH magazine nr 2/2018. Pobierz wersję online TUTAJ.

Dodane tagi