ARTYKUŁ

Dmuchany pontonik | Arkadiusz Majewski

Jako dzieciaki z PRL-u mieliśmy niezły ubaw z dzieciaków ze zgniłego Zachodu. Wprawdzie byliśmy goli i weseli, nie mieliśmy zabawek, rodzice nie mieli samochodów, bawiliśmy się głównie na trzepaku, a jak możecie sobie wyobrazić trzepak trudno popsuć. Mieliśmy za to olbrzymią wyobraźnię. I ta wyobraźnia podpowiadała nam, jak z tego co mamy możemy zrobić to, co chcielibyśmy mieć. Dzieci ze zgniłego Zachodu, co obserwowaliśmy na filmach, mogły mieć wszystko. Bez wysilania wyobraźni.

Arkadiusz Majewski / Właściciel Red Bird

Mieliśmy też ubaw z tego, że strasznie dużo dzieci na zgniłym Zachodzie jest grubych. Jak można tyle jeść, żeby stać się tak grubym? Nie otyłym. Otyła to była Pani woźna. Oni po prostu byli grubi. U nas wprawdzie był jeden Szymon, który też był gruby, ale był jeden jedyny w całej klasie, a przy tym był bardzo silny i sprawny fizycznie. Grubasy amerykańskie przedstawiane na filmach były nieudolne we wszystkim co robiły i to nas bawiło.

Ale najbardziej rozbawiła nas kiedyś instrukcja dmuchanego pontonika przywiezionego przez rodziców jednego z kolegów. Wiecie, takiego pomarańczowego, jak ze „Słonecznego Patrolu” długości może w całości 120 cm. No dosłownie na jedną albo pół osoby. Otóż instrukcja była pięknie wydrukowana i liczyła kilkanaście stron. Nie znaliśmy angielskiego ale na szczęście miała obrazki. Nie sądziłem, chociaż przecież wyobraźnia by nas nie zawiodła, że można by sobie wyrządzić krzywdę dmuchanym pontonikiem na tyle wymyślnych sposobów. Nie wkładać torby foliowej, w której był dostarczony na głowę. Nie nakrywać się na wodzie. Nie wypływać na otwarte morze. Nie służy jako tratwa ratunkowa. Nie łowić ryb z pontonika. Nie kroić w pontoniku nożem. Nie zabierać więcej niż jedną osobę (jakim cudem, gdy mnie wystawały nogi?). Nie wkładać w odbyt i nie dmuchać. I jeszcze pewnie kilka, których już nie pamiętam. No piękna książka do czytania. Ależ darliśmy łacha z tych Amerykanów. Oglądam w telewizji sprostowania T-Mobile dotyczące ich oferty, która wprowadzała w błąd. Gruba sprawa bo są wszędzie (jest czerwiec). Musiał interweniować UOKiK ponieważ klienci nie doczytali swoich umów i zaskoczyło ich kilka dodatkowych opłat. A to za Internet, który miał być bez limitów, ale jak się okazało tylko przez jakiś czas. A to za opłaty, za nie wyrażenie zgody marketingowej, a to za brak zgody na fakturę elektroniczną. Szkoda, że tak poważna firma, której twarzą był/jest Lewandowski musi się imać takich płytkich metod na zdobycie klientów. Musiał to być bardzo drobny druk w umowie, że klienci nie doczytali tego, i zrobił to za nich prezes urzędu.

Czytam raport Światowej Organizacji Zdrowia. W Polsce jest największy procent dzieci z nadwagą. Już nie odsetek tylko 16%. Młodsze pokolenie jest grubsze od amerykańskich rówieśników, najgrubsze w Europie. Nie uczymy dzieci podstaw zdrowego żywienia, więc wierzą, że soki marchwiowe ze sklepiku są zdrowe. Woda smakowa to tylko woda, a serki waniliowe (wanilinowe) to zdrowie dla ich kości razem z płatkami kukurydzianymi oblepionymi à la miodem. Tutaj prezes UOKiK jeszcze nie dotarł, więc pole do marketingowych nadużyć jeszcze większe. Podobnie jak przy suplementach diety, których z kolei my dorośli pochłaniamy najwięcej. Też z wyobraźnią i wiedzą krucho. Brakuje kogoś, kto doczyta za nas drobny druk na ulotce.

25 maja weszły w życie przepisy w skrócie nazywane RODO. Śmiechu było co nie miara. Więcej jak przy tym dmuchanym pontoniku. Pomysł zacny, ale przepisy sformułowane dość ogólnie, w taki sposób, żeby to firma sprawdziła, określiła i dobrała narzędzia do możliwych, realnych i prawdopodobnych zdarzeń na styku z danymi osobowymi. Wystarczyłaby wyobraźnia. Niektórym jednak wyobraźnia podpowiada rzeczy, daleko wykraczające po za ostatni punkt instrukcji dmuchanego pontonika. Już nie wystarczą komunikaty wyskakujące na stronie dotyczące ciasteczek. I tak ich nikt nie czyta. Teraz jeszcze wyskakują nowe okienka uprzedzające o następnych możliwych wyskakujących okienkach. Ponoć gdzieś cmentarz zamknęli, bo zawiera dane osobowe. Czyli jednak instrukcja by się przydała. Samemu ani rusz.

Ciekawi mnie, czy gdzieś tam na dalekim Wschodzie, grupka umorusanych dzieciaków nie ma wielkiego ubawu z tego, że gdzieś w takiej Europie mają takie specjalne wyskakujące okienka w Internecie i specjalne druczki na papierze, gdzie trzeba tym Europejczykom napisać, że za chwilę zobaczą jakąś stronę, albo ktoś pozna ich imię i nazwisko i to będzie wielka grecka tragedia dla człowieka, którego imię i nazwisko poznają inne osoby. Może powinni nadać nam numery?

Ponoć w życiu są potrzebne dwie rzeczy, żeby to życie jakoś przeżyć. Umieć czytać i pisać - ze zrozumieniem. Technologia postępuje, ponoć jesteśmy już sto lat „przed Murzynami” (nie mam nic do Murzynów, takie powiedzenie tylko), mamy dostęp do zasobów jakich nikt nigdy nie miał w historii, żyjemy w czasach globalnej komunikacji i paradoksalnie jedna strona nie umie pisać, druga strona nie umie czytać, a wszyscy razem nie umiemy się komunikować. Jedyne co nam się wydaje, że umiemy to umiemy „publikować”. Nie jakieś tam poważne książki, opracowania, wykłady, wyniki eksperymentów. Oj nie, tylko nie to. Publikują wszyscy logarytmicznie lub wykładniczo. Dobrze, że nie na papierze, tylko w Internecie. A co publikują? Kolejne wersje instrukcji do dmuchanego pontonika.

Materiał ukazał się w ostatnim numerze OOH magazine, pobierz bezpłatnie TUTAJ.

Dodane tagi