Aktualności Potrafimy czynić cuda | Martyna Mędrek, ART OFFICE

Potrafimy czynić cuda | Martyna Mędrek, ART OFFICE

285
0

O biznesie, który powstał z przypadku. Największych wyzwaniach i nauce, która z nich płynęła. A także o rozwijaniu się na rynku azjatyckim i inwestycjach w Polsce opowiada Martyna Mędrek, CEO Domu Reklamy ART OFFICE.

To już 20 lat na rynku reklamy. Kto jest sprawcą całego zamieszania i dlaczego nazwa Waszej firmy powstała trochę „przez przypadek”?

Tak, początek naszej firmy był bardzo przypadkowy i spontaniczny. Po kryzysie w firmie, w której pracowałam, doszłam do wniosku, że muszę coś zmienić. Po namowach kilku zaprzyjaźnionych osób, zdecydowałam się na otwarcie własnej agencji reklamowej. Od początku jestem więc mózgiem całego tego pozytywnego zamieszania. Nazwa ART OFFICE funkcjonowała od samego początku prowadzenia firmy. Później, nie chcąc zmieniać nazwy na całkiem nową, dodaliśmy frazę DOM REKLAMY i tak zostało. Wedle zamysłu: DOM REKLAMY, w którym znajdziesz wszystko, tak jak w domu: pozytywne emocje, radość, spontaniczność, dbałość, bezpieczeństwo w trakcie realizacji zleceń.

Dwie dekady to długi okres czasu. Jakie były kluczowe momenty w tej historii?

Przez te 20 lat pracowaliśmy na dobrą opinię o naszej firmie, budując wspólne relacje. Dla nas każdy nowy klient w tamtych czasach był kamieniem milowym. Największą satysfakcją były telefony od osób, które dostały do nas polecenie od klienta, dla którego zrealizowaliśmy zlecenia. Kolejnym krokiem był czas budowania zespołu. Przyszli odpowiedni ludzie. Tworzyliśmy taką małą rodzinę. Nigdy nic nie zakładaliśmy z góry. Nie stresowałam tym ludzi i siebie. Wyszłam z dużej korporacji i wiedziałam, że nie będę jej tworzyć u siebie. Z zamiłowania do sprzedaży, kontaktu z ludźmi i dawania dobrej energii ruszyliśmy w stronę klientów, a oni nas… pokochali. Do dziś są z nami, a jeśli nie mogą być, przekazują pałeczkę i sztafeta biegnie dalej. To jest piękne, gdy usatysfakcjonowany klient swoim zadowoleniem zaraża innych, poleca nas i mówi „ Oni potrafią czynić cuda”.

Ale na pewno zdarzały się też trudne momenty?

Oczywiście, że były takie momenty, bez nich zresztą nie byłoby tego sukcesu. Trudności nauczyły nas pokory, szczerości w rozmowach i komunikacji z klientem, a także tego, że z każdej sytuacji jest wyjście, trzeba tylko cierpliwości i otwartego umysłu. Najtrudniejszy moment? Rok w którym wchodziliśmy do UE. Pamiętam jak dziś, że przez 5 miesięcy otrzymałam tylko jedno zamówienie na 1000 sztuk podkładek pod mysz. W sumie były trzy takie momenty, takie „być albo nie być” dla naszej firmy. Kolejnym były zamówienie na 5000 sztuk świeżych ananasów, które dojechały do klientów w tzw. kożuchach, w pełni upalnego lata. Zamówienie, które kosztowało nas bardzo dużo, a wyrzuciliśmy je do śmietnika i zrobiliśmy nowe, ratując tym kampanię reklamową klienta i tym samym rewelacyjną współpracę z cudowną klientką. Dziś absolutnie tego nie żałuję, zrobiłabym to samo. Nie jest sztuką przyjąć zamówienie, sztuką jest trwać u steru, gdy ten przysłowiowy statek tonie.

Reklamacja druga: (uwaga! jedna z pięciu w całej naszej karierze) na 200 tys. wachlarzy. Na wachlarzu na zdjęciu Pani reklamującej krem do opalania… ucięło nogi. Nie zapomnę miny i słów klientki do końca życia. Co ważne, do dnia dzisiejszego jest naszą klientką i dzięki jej poleceniom zrobiliśmy rewelacyjne gadżetowe projekty w innych firmach.

No właśnie, z czasem klientów przybywało. Pracy również. A wy od zawsze działaliście nieszablonowo. Jak wygląda specyfika Waszej pracy? Jakie były największe wyzwania?

Specyfika naszej pracy jest… dość specyficzna. A jeśli chodzi o największe wyzwanie, to myślę, że każde przedsięwzięcie jest dla nas wyzwaniem i to dość dużym – szczególnie w obecnych czasach. Kiedyś klienci pytali o konkretne produkty, a teraz to jest „zaproponujcie coś …”. To są codzienne wyzwania. Ale tak naprawdę największym wyzwaniem było podjęcie współpracy z Azją.

No właśnie, inwestując w rozwój firmy otwarliście się na współpracę z producentami z Azji. Proszę opowiedzieć o tej decyzji?

Tak jak wspomniałam, było to wyzwanie, nie znaliśmy kultury handlu z tym rynkiem, specyfiki współpracy, a przede wszystkim na drodze stała też bariera językowa, gdyż nie znaliśmy języka chińskiego. Jednocześnie, była to zdecydowanie jedna z najlepszych biznesowych decyzji, jakie podjęliśmy. Nabraliśmy rozpędu mogąc proponować klientom całkiem nowe rozwiązania, w szczególności produkty szyte na miarę (uwielbiamy robić burzę mózgów w biurze i wymyślać coś nowego). Dzięki temu nawiązaliśmy mnóstwo kontaktów, poznaliśmy rynek zagraniczny, a przede wszystkim zdobyliśmy nowych klientów.

Firma to zespół, ludzie. Ten – podobnie jak rzesza klientów – rozrastał się. Czym dla Was jest Wasz zespół?

Mój zespół jest najważniejszym elementem firmy. Jest jej sercem i motorem napędzającym. Bez niego nie byłoby tego spektakularnego zamieszania. Każdy się tutaj uzupełnia, dba o dobrą atmosferę, wspiera, przekazuje wiedzę i doświadczenia. Bez ich zaangażowania nie bylibyśmy w stanie obsłużyć tej ilości klientów i zapewnić im spokojnego snu. W tym roku przekazałam pałeczkę zarządzania zespołem Czarkowi, ja jestem zdecydowanie lepsza w sprzedaży i myśleniu, którego skutkiem jest odpalanie kreatywnej rakiety pomysłów. Uwielbiam mój zespół i swoją pracę. Nasza pasja tworzy rynek i  to jest ogromnie satysfakcjonujące. Każdemu życzę takich ludzi.
Pandemia była czasem, gdy wiele osób zwalniało tempo pracy, niektórzy całkiem cięli wydatki na reklamę. Wy – odwrotnie. Postanowiliście zrobić małe zamieszanie. Zmieniliście biuro, przeprowadziliście rebranding?

Tak, podczas pandemii zatrzymał się czas. Panika, dezorientacja i brak konkretnej daty jej zakończenia spowodowały, że firmy zaczęły upadać, zwalniać ludzi i relatywnie ciąć koszty, dosłownie na wszystko. Ja postanowiłam na przekór pandemii, pod wpływem pewnego cytatu Stuarta Hudsona „Prowadzenie biznesu bez reklamy, jest jak puszczanie oka do dziewczyny po ciemku. Nikt poza nami nie wie, co robimy” – ruszyć do wielkiego świata, pokazać firmę jako „petardę” z 20-letnim doświadczeniem i niebanalnymi sukcesami. Wyjść do nowych klientów i krzyknąć „Hej jesteśmy! W czym możemy pomóc”. Zatrudnić nowych ludzi. Słowem – wprowadzić powiew świeżości. Po 20 latach mogę ogłosić, że jesteśmy, że mamy jeszcze wiele do przekazania i zrobienia.

Biuro w Porcie Praskim to było ciche marzenie od ponad 4 lat i w końcu jesteśmy w nowym miejscu. To świetna lokalizacja, która daje nam jeszcze więcej energii. Zrobiliśmy również rebranding, z czego bardzo się cieszymy. Mamy nowe logo. Chcemy pokazać się mocniej na rynku, dlatego też pojawi się kilka informacji o nas w różnych mediach. To też taki symboliczny prezent dla ART OFFICE i jej pracowników, zamiast przysłowiowego bonu do sieciówki.

Czego Wam życzyć z okazji 20-stki? Gdzie widzicie się za 10, 20 lat?

Przede wszystkim kreatywności i zaangażowania, wspaniałych relacji z klientami i naszymi kontrahentami po drugiej stronie sprzedaży. Za 10-20 lat widzimy siebie na rajskiej plaży, z wiatrem we włosach i z prężnie działającym zespołem, z którym będziemy świętować obchody 30 czy też 40-lecia.

Rozmawiała Katarzyna Lipska-Konieczko

Artykuł ukazał się w najnowszym wydaniu OOH magazine. Do pobrania TUTAJ.