
W kontekście najpopularniejszego trendu 2025 roku nie sposób pominąć sztucznej inteligencji, a ja chciałbym konkretnie wskazać na krytyczne podejście do AI. Miniony rok przyniósł falę rozczarowań związanych z wygórowanymi obietnicami zbawienia, jakie niósł ze sobą rozwój sztucznej inteligencji. Mowa tu o braku satysfakcjonującego zwrotu z inwestycji (ROI) wdrożeniowych w większości organizacji, zalewaniu internetu (zwłaszcza mediów społecznościowych) treściami o wybitnie niskiej jakości, a także nasileniu zjawiska deepfake’ów i związanych z nimi oszustw.
Ten negatywny trend jest na tyle wyraźny, że staje się cennym insightem marketingowym wykorzystywanym w komunikacji marek. Przykładem jest kampania T-Mobile, która na billboardzie reklamowym świadomie kontrastuje swoje wsparcie dla biznesu, oferując rozmowę z konsultantem zamiast cyfrowego bota.
Nie jest to bynajmniej zmierzch rewolucji AI, która nadal dynamicznie postępuje. Jest to raczej jej drugi etap. Po początkowym zauroczeniu i euforii przychodzi czas na refleksję, pragmatyzm i dojrzałe, krytyczne wykorzystanie tej technologii w komunikacji i biznesie.
Za największy sukces w świecie AI w 2025 roku można z pewnością uznać zmasowane wykorzystanie agentów AI do automatyzacji procesów w firmach. Na konferencjach branżowych i poza nimi termin „Agent AI” był odmieniany przez wszystkie przypadki, stając się kluczowym elementem dyskusji.
Ewolucja technologiczna, która w 2025 roku nabrała niezwykłego tempa, może być śmiało postrzegana jako rewolucja z punktu widzenia kulturowego w organizacjach. Wiele prostszych i powtarzalnych zadań zostało przejętych przez wytrenowanych agentów AI.
W teorii zmiana ta ma na celu uwolnienie zasobów czasowych pracowników, umożliwiając im skupienie się na realizacji bardziej wymagających strategicznie i kreatywnie wyzwań. W praktyce jednak, w wielu organizacjach krótkowzrocznie nakierowanych na szybki zysk, realizacja tych ambitniejszych zadań możliwa jest niestety dopiero poza strukturami firmy.
Bez wątpienia za spektakularną wpadkę w obszarze wykorzystania sztucznej inteligencji można uznać sytuację związaną z raportem firmy Deloitte, przygotowanym dla rządu Australii. Mieszkańcy kraju kangurów zapłacili za ten dokument kwotę sięgającą kilkuset tysięcy dolarów, co stanowi imponującą sumę niezależnie czy mówimy o dolarach australijskich, czy amerykańskich.
Jednak bliższa analiza raportu wykazała liczne błędy i nieścisłości. Stwierdzono m.in. odniesienia do nieistniejących źródeł oraz cytaty, które nigdy nie zostały wypowiedziane. Przyczyną ułomności raportu był klasyczny przypadek tzw. halucynacji AI, co niestety wciąż pozostaje kluczowym wyzwaniem w korzystaniu z generatywnej sztucznej inteligencji.
Na szczęście, firma Deloitte zawarła porozumienie z klientem, zwracając część wynagrodzenia za zamówienie niezgodne z oczekiwanym rezultatem. Kluczowe pytanie, jakie należy sobie zadać w obliczu tego wydarzenia, brzmi: czy do powstania tego felernego raportu bardziej przyczynił się problem ze sztuczną inteligencją, czy jednak z inteligencją ludzką?
O prognozach i wyzwaniach w obszarze sztucznej inteligencji (AI) można napisać książkę, która raczej nie skończyłaby się na pojedynczym tomie. Jednak subiektywnie skupię się na jednym z najbardziej frapujących dla mnie aspektów kluczowych dla przyszłości tej technologii: koszty energetyczne i dostęp do zasobów.
Dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji, jej upowszechnienie i demokratyzacja zbudowały w nas poczucie nieuniknionej rewolucji na miarę tej przemysłowej. Kierunek wydaje się jeden: masowe wdrożenie AI, gdzie tylko to możliwe – od automatyzacji powtarzalnych czynności w pracy po zaawansowane projekty. AI ma wspierać dobrobyt przyszłych pokoleń, zwłaszcza w obliczu kurczącej się siły roboczej i niżu demograficznego. Już teraz osobisty towarzysz AI bywa dostępny niemal za darmo, a za drobną opłatą otrzymujemy narzędzia często przewyższające nasze ludzkie umiejętności.
Coraz głośniej w kontekście rozwoju AI mówi się o energii potrzebnej do zasilania centrów danych i planach takich jak ten Marka Zuckerberga (Meta), który chce wybudować centrum danych wielkości nowojorskiego Manhattanu. Debatuje się też o prognozach Sama Altmana (Open AI), który przewiduje wzrost zapotrzebowania firmy na moc rzędu 250 Gigawatów w ciągu kilku lat. To tyle, ile wytworzyłoby 50 elektrowni Bełchatów jednocześnie, albo jedna trzecia tego, ile w szczytowym momencie wynosiło zapotrzebowanie na energię w całych Stanach Zjednoczonych w 2025 roku… Czy to w ogóle możliwe?
Powstają pytania. Czy rosnące zapotrzebowanie na energię może zahamować rozwój AI? Co więcej, czy rosnące koszty wytwarzania energii przerzucone zostaną na użytkowników? Jeśli tak, może to ograniczyć inkluzywny dostęp do zaawansowanych form AI. Będą na tym korzystać duże firmy i zamożne jednostki, generując wykluczenie małych organizacji i konsumentów o mniej zasobnych portfelach.
Nie wiadomo oczywiście, w jakim kierunku potoczy się przyszłość. Życie niejednokrotnie już nas zaskakiwało. Sądzę jednak, że najbliższy rok 2026 oraz kolejne lata przyniosą równie dynamiczny rozwój sztucznej inteligencji, jak i postęp związany z wytwarzaniem energii do jej zasilania. Mam tylko nadzieję, że pomiędzy tymi dwoma kluczowymi obszarami nie zostanie zignorowana troska o trzeci, najważniejszy czynnik – środowisko naturalne, bez którego zasobów każdy postęp jest skazany na porażkę.
Tomasz Gadziński
Business & AI Transformation Director w MediaPlus
Odpowiada za akcelerację rozwiązań AI oraz automatyzację procesów operacyjnych agencji (end-to-end). Ekspert w obszarze efektywności marketingowej i data-driven media z 15-letnim stażem. Doświadczenie zdobywał w EssenceMediacom oraz Starcomie, prowadząc projekty dla liderów rynkowych, m.in. Play, L’Oreal czy PKO BP. W MediaPlus koncentruje się na łączeniu kompetencji MarTech i mediowych, by dostarczać klientom mierzalną przewagę biznesową w modelu House of Communication.
Więcej materiałów o podobnej tematyce TUTAJ.