Marketing MIX Śmiech na sali, czyli kilka słów o polskim plejsmencie? | Aleksandra Michalska

Śmiech na sali, czyli kilka słów o polskim plejsmencie? | Aleksandra Michalska

17
0

Kiedy wiele lat temu zaczynałam swoją przygodę z Product Placementem hasło to było znane niewielkiej grupie ludzi. Ta forma reklamy raczkowała, a ja z roku na rok odkrywałam co raz to nowe jej aspekty. Dziś lokowanie produktu to codzienność w biznesie filmowym i telewizyjnym. Mimo że moja praca nie jest do końca doceniana, to uwielbiam ją wykonywać! Kocham sprzedaż, kocham film i cieszę się, że mogę włożyć swoją cząstkę w polską kinomatografię…. nawet jeśli miałyby to być tylko produkty spożywcze, którymi raczy się główna bohaterka.. W końcu taka jest nasza kultura – konsumpcjonizm jest jej nieodłączną częścią. Tacy jesteśmy i tacy są też bohaterowie filmu. Ogołacanie z tego asapektu filmu, byłoby mówieniem niepełnej prawdy o naszych czasach i włożeniem bohaterów w próżniową bańkę.

Kiedy do mojej skrzynki mejlowej wpada scenariusz od producenta modlę się, żeby to był fajny tekst. Chcę się pośmiać, wzruszyć, odnaleźć cząstkę siebie w głównym bohaterze, bo wiem że dzięki temu film ma szansę porwać całą rzeszę widzów do kina… Jeśli towarzyszą mi te wszytskie uczucia cieszę się i jeszcze z większą werwą zaczynam analizować każdy akapit już pod kątem swojej pracy. Szukam miejsca na produkt. Sprawdzam czy bohater może jeździć samochodem, woli rower czy może hulajnogę. Gdzie jada lunche? Sprawdzam czy jego styl bycia i status społeczny może świadczyć o tym, że wybiera ekskluzywne lokale czy wręcz przeciwnie. Czy ubiera się modnie czy jest to obszar na który zupełnie nie zwraca uwagi. Niczym fala rentgenowska prześwietlam go z każdej strony, próbując zrozumieć zamysł scenarzysty na postać przez niego stworzoną.

Potem szukam dodatkowych możliwości wprowadzenia produktu. Być może bohater jest lub mógłby być wegetarianinem. Skoro jedna z jego wypowiedzi w scenariuszu, świadczy o tym że prawa zwierząt nie są mu obojętne, mogę łatwo wprowadzić wątek warzyw, ziół czy edukacji na temat życia i chowu kur w klatkach..

A być może bohater to ktoś kto całymi dniami spędza czas na siłowni. Jest prawie pewne, że robi to w jakiejś znanej sieciówce, gdzie dźwigając ciężary konkretnej firmy popija znany izotonik. Lektura scenariusza, to moment kiedy mogę obudzić w sobie kreatywne zwierze i realizować swoje szalone pomysły. Oczwiście rozsądnie (!) i z szacunkiem dla pracy scenarzysty. Robię wtedy listę firm i wysyłam propozycję współpracy. Tego typu asocjacja pozytywnego, wesołego bohatera z marką to zawsze dobry pomysł. Na razie brzmi to łatwo i przyjemnie. Ale uwierzcie mi. Tak jest tylko na początku.  Największe schody dopiero przede mną.

Gdy uda się pozyskać klienta to na etapie przygotowań, przekazywania sobie wynagrodzeń i podpisywania umów (co ważne aktorzy otrzymują wynagrodzenie za placement, który realizują w filmie) jesteśmy w świetnym nastroju. Jednak czar pryska podczas planu zdjęciowego.  Aktorzy marudzą, że nie chcą tego produktu trzymać, reżyser miga się od wcześniejszych ustaleń a producent postanawia nie odbierać telefonu. Pracowałam na planach na których wszystko przebiegało prawidłowo ale niestety większość planów wygląda właśnie w taki sposób. Dlatego jeśli ktoś mi mówi, że mam fajną pracę to odpowiadam, że owszem ale nie wiem czy ktoś tak na prawdę chciałby być na moim miejscu.  Presja wykonania świadczenia wobec sponsora i opór ze strony ekipy na planie bywa frustrująca i czasem nawet ja jako stary wyjadacz mam z tym spory problem.

Gdy efekt finalny jest już na ekranach kin to swoją łyżkę dziegciu zawsze chętnie sypnie również widz, który zazwyczaj gardzi tym, że bohater jeździ mercedesem albo zajada serek znanej firmy. Przecież, wiadomo, że taki widz w domu zajada się tylko produktami, które nie mają na sobie śladu etykiety.. A gdy na ekranie pojawiają się jajka widz rży i komentuje na portalach, że jak to możliwe żeby treść filmu wypełniać jajami. Nie pamięta jednak, że całkiem niedawno raczył swoje oko amerykańskimi produkcjami, w których placement wygląda dokładnie tak samo. No może prawie tak samo. Tam bowiem za Product Placement odpowiadają specjalne do tego oddelegowana działy, a reżyserzy pokazują znane marki w taki sposób, że widz prawie tego nie zauważa. Bo robią to świadomie i wkładają w to tyle samo energii co w np. scenę pocałunku. Widzimy wtedy np. komputer z „jabłuszkiem“ i odbieramy taką sceną za naturalną. Jest tylko jeden warunek, że mniej znaczy więcej.


fot. Tomek Paczkowski zdjęcia z filmu „Pech to nie grzech”

Musimy zrozumieć, że w produkcjach komercyjnych nie uchronimy się przed lokowaniem produktu. On musi istnieć chocby dlatego, że w naszym realnym życiu równiez jesteśmy otoczeni markami. A film przecież musi przedstawiać jakiś wycinek naszego życia. Marzę więc o tym żebyśmy podchodzili do lokowania produktu jak to robią amerykańscy widzowie. Z rezerwą i wyrozumiałością.Aleksandra Michalska 

zdjęcie: Aleksandra Rosa

Aleksandra Michalska – założycielka pierwszej w Polsce agencji zajmującej się product placementem. Na swoim koncie ma hity takie jak: „Testosteron“; „Lejdis“; „Idealny facet dla mojej dziewczyny“; „Korowód“; „Senność“; „Porady na zdrady“; „Pech to nie grzech“. Jest inicjatorką i pomysłodawczynią akcji „AKCJA EDUKACJA“, która ma na celu edukację w zakresie lokowania produktu.

Autorka materiału zaprasza także na kanał IG.