Event MIX Wiem, jak robić swoje | Agata Młynarska

Wiem, jak robić swoje | Agata Młynarska

0
Agata Młynarska
Agata Młynarska

Z Agatą Młynarską dziennikarką, producentką i niekwestionowaną królową szklanego ekranu rozmawiamy o jej początkach w mediach, współpracy z Jurkiem Owsiakiem, zmieniającym się świecie telewizji, potrzebie niesienia pomocy i wielkich realizacjach.

Podobno w dzieciństwie chciała Pani zostać nauczycielką. Marzenia poszły w kąt i stała się Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych prezenterek telewizyjnych. Jak wyglądała ta droga?
To prawda chciałam być nauczycielką i nawet przez chwilę nią byłam. Skończyłam na Uniwersytecie Warszawskim wydział filologii polskiej. Przez pewien czas pracowałam w jednym z najlepszych warszawskich liceów i utrzymywałam się też z korepetycji. Nawet kiedy zaczynałam pracować w telewizji, miałam pod swoją opieką uczniów, których przygotowywałam do matury. Czułam jednak, że atmosfera pokoju nauczycielskiego jest trochę nie dla mnie. Miałam znakomity kontakt z uczniami, ale w szkole jako instytucji nie czułam się najlepiej. Dlatego ostatecznie nie zdecydowałam się na tę pracę.

Pod koniec studiów usłyszałam, że jest konkurs na prezenterów do Wiadomości w TVP1. Był rok 89’ wszystko w Polsce się wtedy zmieniało i na tej fali zmieniały się też media. Trafiłam do telewizji i poczułam, że to jest praca moich marzeń. Z ludźmi, w ruchu, gdzie cały czas dzieje się coś nowego. Piszę zresztą o tym w mojej książce „Moja wizja”.

Nazwisko Młynarska pomagało czy przeszkadzało?
Nazwisko Młynarska zawsze mi pomagało i przeszkadzało zarazem. To się stale ciekawie zmienia, ponieważ na samym początku, w latach 80. i 90. mój ojciec był u szczytu popularności. Ludzie go absolutnie uwielbiali. Bo wtedy artyści byli traktowani nie jak celebryci, tylko jak prawdziwi twórcy, „gwiazdy” budzące respekt, szacunek. Nie było mediów plotkarskich, o życiu prywatnym znanych osób nie spekulowano, tak jak teraz. Pisano za to o ich doniesieniach artystycznych, to było ważne. Więc ja w swoje życie zawodowe, wchodziłam z nazwiskiem, które było znane wszystkim. Oczywiście na samym początku to przeszkadzało; było trudne dla dziecka, które chciało mieć swoją odrębność, ale słyszało… „ty musisz być tak dobra jak ojciec”. Twój tata skończył polonistykę z wyróżnieniem, to od Ciebie oczekujemy 10 razy więcej. I myślisz sobie: a gdzie jest moja tożsamość, a może ja nie jestem taka dobra jak ojciec? Poza tym każdą rzecz, którą się robi, widać i słychać bardziej. Przejdziesz przed kogoś w kolejce niechcący, głośniej się odezwiesz to mówią, że Młynarski nie wychował córki… Krótko odpowiadając na to pytanie, na początku znane nazwisko może pomóc, ale później już jest tylko trudniej, bo zobowiązuje. A ty wciąż musisz udowadniać, że na nie zasługujesz.

Była Pani świadkiem telewizyjnych rewolucji w 1989 roku. Jak przedstawia się historia tego medium z Pani perspektywy?
To pytanie jest na książkę, więc ja mogę tylko powiedzieć, że miałam dane uczestniczyć w jednym z najważniejszych skoków historycznych, jeżeli chodzi o przemiany w telewizji. Zmieniło się wtedy wszystko, przyszli nowi ludzie, ale ja od samego początku wiedziałam, że telewizja nie jest wdzięcznym miejscem do pracy. Jest przede wszystkim narzędziem politycznym, co obserwujemy do dzisiaj. Byłam też świadkiem narodzin telewizji Polsat, później TVN. Wówczas nikt tego nie traktował poważnie i nie uważał tych kanałów za konkurencję. Wszyscy raczej myśleli, że hegemonia Telewizji Polskiej jest niepokonana. Kiedy jednak przyszły pierwsze badania oglądalności i okazało się, że serial „Kiepscy” bije na głowę wszystkie inne programy, to zrobiło się ciekawie. Narodziła się kompletnie inna rzeczywistość telewizyjna tak, jak teraz widzimy wielką zmianę polegającą na rozkwicie telewizji w Internecie.

fot. Jan Bogacz /TVP/ East News
fot. Jan Bogacz /TVP/ East News

Współtworzyła Pani wraz z Jurkiem Owsiakiem podwaliny Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w programie „Róbta, co chceta!”. Takiego programu i wydarzenia nie było do tej pory w Polsce. Co spowodowało, że stała się Pani częścią tego projektu?
Pracowałam w Telewizyjnej Dwójce, byłam dziennikarką, prezenterką, ale również z powodu mojej troszkę innej powierzchowności, innego sposobu ubierania się, typu: jeansy, biała koszula, t-shirt, płaskie buty, czarna marynarka, jeansowa kurtka, byłam trochę inna wizerunkowo.
Jedna z dziennikarek, która przyprowadziła Jurka Owsiaka do telewizji powiedziała mu: słuchaj, potrzebujesz fajnej dziewczyny w swoim programie, znam taką. Przedstawiła mnie i my natychmiast poznając się na korytarzu, poczuliśmy, że jesteśmy z tej samej bajki, śmieszy nas to samo; ja natychmiast zrozumiałam o co mu chodzi. Cały ten świat koloru, odwagi, szaleństwa, był czymś innym. Wówczas w szarym, dopiero budzącym się do życia kraju, było to dość kontrowersyjne. Kiedy podjęłam decyzję, że łączę się z Owsiakiem usłyszałam od wielu osób, że popełniam fundamentalny błąd, że powinnam się zajmować rzeczami poważnymi, np. reportażami. Że jak to możliwie, że dziennikarka z ambicjami łączy się z facetem, który się jąka i nosi brudne buty. Ja od samego początku wiedziałam, że Jurek to niesamowicie intrygująca osobowość i że to przynajmniej będzie coś innego i twórczego. Wtedy pomyślałam, sobie: nie będę jedną z wielu prezenterek! Przecież to nie jest żadne wyzwanie, wyzwaniem za to jest zrobić coś, czego nie zrobił nikt inny i bawić się tą pracą. Przy okazji możemy pomagać innym wykorzystując narzędzie, jakim jest telewizja. Uważam, że najważniejsze w telewizyjnej pracy jest wykorzystywanie jej do zmiany świata na lepsze. Nie dla samego występowania, nigdy mnie to nie interesowało i zrozumiałam to dzięki Owsiakowi.

Czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zajmuje wciąż specjalne miejsce w Pani sercu?
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy dawała poczucie, że zmieniamy kraj… absolutnie, rozbijamy ściany, które były nie do przebicia, otwieramy drzwi, które były kompletnie zamknięte i nikomu nawet się nie marzyło, żeby sięgnąć po klucz. Orkiestra ten klucz zdobyła i otworzyła te drzwi, wpuściła nowe powietrze do telewizji. Zjawili się młodzi „zakręceni” ludzie, dzieciaki z pofarbowanymi włosami z nową muzyką, wszędzie pojawiały się czerwone serduszka. Tego wcześniej nikt w Polsce nie zrobił. Na początku patrzono na nas trochę jak na wariatów, ale Polska tego potrzebowała. Fantastyczne jest to, że jeżeli ktoś jest prawdziwą osobowością, jest autentyczny do bólu, to ludziom nie przeszkadza to jak wygląda czy, że się jąka. Dlatego też fenomen Jurka Owsiaka trwa do dzisiaj. Od samego początku współpracuję z Wielką Orkiestrą w różnych formułach. Teraz jesteśmy z Jurkiem w jednej stacji, w TVN, a ja w ubiegłym roku nadawałam na żywo z jednego z największych sztabów w Łodzi. To było dla mnie poruszające, bo znowu byliśmy razem. Dwa lata temu wspólnie z rodzeństwem przekazaliśmy na WOŚP jeden z najważniejszych rękopisów taty z piosenką „Róbmy swoje”. Nie wyobrażam sobie, żebym nie wspierała Jurka.

Udziela się Pani w licznych kampaniach społecznych, m.in. działa na rzecz rodzinnych domów dziecka. Dlaczego warto pomagać?
Bardzo proste, a zarazem trudne pytanie. Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonana, że warto pomagać dla samego siebie. To ma przede wszystkim znaczenie dla mnie, jako małej cząstki wielkiego wszechświata. To, że przy okazji ktoś czerpie z tego korzyść, radość, też jest ważne. Ale przede wszystkim ja realizuję swój „plan życia” na ziemi i to jest najistotniejsze w pomaganiu. Nie to, że robisz coś dla kogoś – dla siebie to robisz. Jest w tym „pozytywny egoizm” – ja się lepiej czuję kiedy pomagam. Czuję, że robię coś wartościowego i to uzasadnia mój sens istnienia.

fot. VIPHOTO0/ East News
fot. VIPHOTO0/ East News

Nie pojawia się Pani tylko w telewizyjnym oknie. Koncerty, festiwale, gale – jak Pani się czuje w tym eventowym żywiole?
Ten „eventowy” żywioł pojawił się jeszcze kiedy pracowałam w TVP. Wtedy łączyłam w swojej pracy najróżniejsze formy aktywności telewizyjnej: od występowania w maleńkim studiu, przez pisanie scenariuszy, montowanie, przynoszenie starszym koleżankom kawy, po gigantyczne sceny Sylwestrowe, kiedy trzeba było wszystko przygotować, napisać, wyprodukować i na końcu stanąć na tej scenie i zobaczyć 700 tysięcy ludzi przed sobą. Nie będę ukrywać, że jest to uczucie, które uwielbiam! Jest to dla mnie najbardziej przyjemna część aktywności telewizyjnej, którą traktuję jak najpyszniejszy deser. Takich dużych gal robiłam sporo. Kiedy publiczność zaczęła mnie kojarzyć z atmosferą, którą tworzę na scenie, byłam coraz częściej zapraszana do ich prowadzenia. Bardzo lubię być na scenie przed publicznością, lubię mieć z nią kontakt. I tu dotykamy bardzo ważnej sprawy – żeby pojawić się na scenie, i żeby to się nam udało, trzeba wiedzieć po co się na tą scenę wychodzi. Bo tylko po to, żeby ładnie wyglądać i się uśmiechnąć, to za mało. Ja muszę mieć powód do wyjścia na scenę, bo jeżeli w ten sposób wyjdę, to ludzie mnie „kupią”, nawet jeżeli nie wszystkim się podobam, bo wolą brunetki albo podoba im się Grażyna Torbicka. „Kupią” mnie, ponieważ jestem prawdziwa i mam im do przekazania jakąś szczerość w ważnej sprawie, np. chcę zapowiedzieć koncert jubileuszowy… Wszystko to musi być autentyczne. Ja to uwielbiam, robię to bardzo chętnie i nie ukrywam, że teraz trochę mi tego brakuje.

Kunsztu estradowego uczyła się Pani od najlepszych. Kto był wzorem, może mistrzem?
Wychowywałam się w otoczeniu mistrzów, między innymi wielkich aktorów, którzy tworzyli koloryt naszego domu, ponieważ rodzice z nimi dużo pracowali. Ewa Wiśniewska, Marian Opania, Jan Kobuszewski, Krzysztof Kowalewski, Gustaw Holoubek i Magda Zawadzka, Zbigniew Wodecki, Irena Santor, Michał Bajor, Alicja Majewska i wielu innych… To byli naturalni przyjaciele, znajomi, koledzy rodziców, którzy w sposób oczywisty pojawiali się w naszym życiu. Począwszy od mamy i taty, ci wszyscy na których patrzyłam i w których towarzystwie przebywałam byli dla mnie naturalnym wzorem. Podglądałam ich i patrzyłam jak poważnie traktują ten zawód.

Jest Pani inicjatorką portalu OnaOnaOna.com oraz festiwalu dla kobiet „Teraz ONE”. Skąd pomysł na te aktywności?
Był czas kiedy pracowałam w Telewizji Polskiej i wiedziałam, że to są już ostatnie chwile, bo zmienia się po raz kolejny polityczna aura i zaczęłam rozglądać się za nową pracą. Wtedy też usłyszałam w telewizji, że już jestem za stara, a właśnie skończyłam 40 lat. To mnie bardzo dotknęło. Spojrzałam do lustra i ujrzałam całkiem atrakcyjną babkę z ogromnym doświadczeniem. Pomyślałam sobie, kto ma prawo tak mi mówić? Myślałam sobie o Oprah Winfrey czy innych wspaniałych dziennikarkach, albo o mojej guru dziennikarstwa Barbarze Walters, która w wieku lat 80-ciu ma cały czas swój program w telewizji w USA. Wszyscy kłaniają się jej w pas, to pionierka wywiadów telewizyjnych.
Bardzo to przeżyłam. Kiedy podzieliłam się swoim doświadczeniem z koleżankami, okazało się, że jest nas więcej. I nie ma to znaczenia, czy jest to Agata Młynarska z telewizji, czy to jest pani księgowa, pani farmaceutka, czy nauczycielka. One słyszą to samo. I z tej potrzeby powstał portal. Początkowo był to portal dla kobiet dojrzałych, ale później pomyślałam sobie, że może być też w różnych odsłonach, dlatego było „ONA, ONA, ONA”. Postawiłam wtedy wszystko na jedną kartę, zainwestowałam swoje oszczędności. Kobiety poszły za tym jak w dym, miałam ogromny sukces wśród Polek. Pojawiały się kolejne kluby ONA, na tej fali powstał także Festiwal dla Kobiet, który zgromadził ich aż 5 tysięcy. Potem byłam przez 3 lata redaktorem magazynu „SKARB”. To było ogromne doświadczenie, ponieważ „SKARB” dystrybuowany jest w ROSSMANNIE, a kiedy byłam redaktorem naczelnym ukazywał się w prawie 2 mln egzemplarzy. Nikt w Polsce, żaden dziennikarz, redaktor naczelny nie zmierzył się dotąd z takim nakładem. Ta praca przyszła między innymi dlatego, że dostrzeżono moje zaangażowanie na rzecz kobiet.

fot. TRICOLORS/ East News
fot. TRICOLORS/ East News

Już we wrześniu była Pani prelegentką konferencji EVENT MIX. Temat wystąpienia – „Jak zorganizować event i nie zwariować?” – brzmiał zachęcająco. Jak to wygląda okiem prowadzącego?
Ja nie tylko jestem prowadzącą – to jest dla mnie oczywiście miła „wisienka na torcie”. Natomiast ja najczęściej te wszystkie gigantyczne koncerty, w których występowałam, organizowałam jako współproducentka odpowiedzialna za stronę merytoryczną wydarzenia. Struktura takiego eventu składała się z różnych części, z produkcji kreatywnej i produkcji technicznej. Podczas wrześniowej konferencji podzieliłam się swoim doświadczeniem i opowiedziałam, jak krok po kroku dotrzeć do momentu, kiedy stoisz na scenie i „wszystko gra”. Pokazałam to i opowiedziałam na podstawie przykładów, które przygotowałam.

Ma Pani jakąś sprawdzoną receptę na stres towarzyszący wystąpieniom publicznym?
Wiadomo – każdy przeżywa stres. Ale ja po prostu uwielbiam wystąpienia publiczne, więc jest to dla nie pozytywne spięcie. Odpowiedzialność też ma znaczenie, bo wiem jakie mogą być konsekwencje źle poprowadzonej imprezy, a ja sobie nie chcę tych konsekwencji fundować. Im jestem starsza, tym bardziej się przygotowuję. Jedynym sposobem na uniknięcie stresu jest po prostu bycie bardzo dobrze przygotowaną. Tak jak chirurg, który robiąc operację musi zawsze się liczyć z niewiadomą, ale przecież po to się uczył, kończył studia, szkolił i doskonalił, żeby dać sobie radę. I druga rzecz, która jest najważniejsza, to wiara w siebie, świadomość, że sobie poradzisz w każdej sytuacji. Bo nawet, jeśli czegoś nie wiesz, to musisz wybrnąć z wdziękiem. Nie bój się zaskoczeń! Pewne podekscytowanie jest zawsze, ale ono wynika wyłącznie z poczucia odpowiedzialności, a nigdy z nerwów, że zgubię wątek. Nie znam takich sytuacji. Ponieważ po to jestem stosownie wykształcona i odpowiednio przygotowana, żeby wiedzieć, co mam mówić!

Rozmawiała Magdalena Wilczak

Wywiad ukazał się w ostatnim numerze magazynu OOH event!

Wersja online: CZYTAJ TUTAJ.