Event MIX Wypalenie zawodowe wg Lalu Slavickiej

Wypalenie zawodowe wg Lalu Slavickiej

258
0

Jeszcze 2 lata temu tylko najbliższe grono jej znajomych wiedziało, że przepada za śpiewaniem i grą na saksofonie. Dziś odkrywa się przed większą publicznością, kiedy po 13 latach postanowiła odejść ze świata korporacji i poświęcić wszystko, co ma i czego się nauczyła – muzyce. Choć od wydania pierwszego singla “Wypalenie” z jej debiutanckiej płyty “Każdy ma swoje korpo” minął zaledwie miesiąc, teledysk do niego ma już grubo ponad pół miliona wyświetleń. I trudno się dziwić – Lalu Slavicka poruszyła w nim wymagający i nie zawsze wygodny temat, jakim jest wypalenie zawodowe.

Jak to możliwe, że jeszcze wczoraj nikomu nieznana korpowoman nagrała teledysk, w którym wystąpiły polskie znane influencerki? Jak to się robi?

Okazuje się, że te polskie influencerki są po prostu fajnymi babeczkami. I tak, jak my – są przede wszystkim ludźmi z krwi i kości, twardo stąpającymi po ziemi, którzy podejmują różne współprace. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby ta współpraca nie była na siłę, żeby była zgodna z nimi samymi. Ale dopóki nie zapytałam je o możliwość udziału, rzeczywiście sama trzy razy się zastanowiłam. No bo jak to tak, jakaś Lalu jak filip z konopi wyskakuje z propozycją, nie mając do zaoferowania nic, oprócz swojej historii i przekazu, który chce dalej nieść w świat. Lata spędzone w korpo nauczyły mnie, że trzeba po prostu próbować – a jak się nie uda plan A, to wdrażać plan B, C, D itd. (śmiech)

Dlaczego o udział w teledysku poprosiłaś akurat te influencerki? W internecie działa sporo innych Polek.

Przede wszystkim warto też podkreślić, dlaczego w ogóle kobiety. Chciałam pokazać, że jest nas więcej – tych, które postanowiły zawalczyć o życie na własnych warunkach. Chciałam pokazać naszą kobiecą siłę i to, że można, że da się wyjść z korporacyjnego świata, że poza nim też jest życie. Czy lepsze? Każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Na pewno inne. Agnieszka Świetlik (Lifemanagerka), Katarzyna Kędzierska (Simplicite) i Justyna Szawłowska (KorpoVoice) już od lat udowadniają, że życie poza korpo istnieje i świetnie sobie radzą na swoim. No ale przede wszystkim – łączy nas właśnie wspólna historia. Wszystkie odeszłyśmy z korporacji. Zależało mi też, żeby to były kobiety, które nie są mi zupełnie obce. Owszem, zanim zaprosiłam je do teledysku, prawdopodobnie nie wiedziały nawet o moim istnieniu (śmiech). Za to ja obserwuję ich poczynania w internetach od lat. Od Lifemanagerki czerpię garściami w temacie życia eko, zdrowego żywienia czy w ogóle bycia na swoim. Z kolei razem z Simplicite od lat robię porządki w swoim życiu, uczę się minimalizmu i tego, co opisała w swojej książce „Chcieć mniej”. Justynę, redaktorkę naczelną magazynu KorpoVoice poznałam z kolei nieco później, ale też zaprowadziła mnie do niej moja decyzja o odejściu z korpo. Pamiętam, kiedy po tej decyzji w pewnym momencie poczułam,  że jestem trochę z tym jakby sama. Szukałam dowodów na to, że życie po korpo się udaje. Szukałam innych ludzi, którzy też odważyli się na ten ruch. I tak natknęłam się na KorpoVoice, a w nim na dział „Uciekinier z korpo”. Zaczęłam czytać historie ludzi, a w zasadzie wywiady z nimi. Dało mi to takie realne poczucie ulgi, że jest nas więcej. I w ten sposób, po nitce do kłębka, dotarłam do Justyny, która lata temu też odeszła z korporacji i zaczęła wydawać KorpoVoice.

Czyli z jednej strony wystarczy napisać, zagadać, a z drugiej jednak wiedzieć do kogo. Z tego, co mówisz, wynika, że połączyła Was wspólna historia. Czy udało się zrealizować Twoje założenie, żeby pokazać Waszą siłę?

Jeśli patrzeć na wyświetlenia na YouTube, których jest już ponad 600 tysięcy, to myślę, że tak. Chciałam dotrzeć z przekazem do jak największej liczby osób. Ten przekaz wcale nie brzmi – uciekajcie z korpo, bo tam jest dramat. Zdecydowanie nie. Według mnie w każdej dziedzinie życia człowiek może się wypalić. Czy to w pracy czy w ogóle w życiu. Dlatego płyta nosi tytuł „Każdy ma swoje Korpo. Czymkolwiek ono dla Ciebie jest. To może być niesatysfakcjonująca praca, ale też trudna relacja z bliską osobą czy toksyczny związek. Każdy ma swoje korpo – chodzi o to, żeby je sobie uświadomić, nie zamiatać latami pod dywan, bo w ten sposób możemy sobie zrobić tylko więcej krzywdy. No i oczywiście nie wystarczy je zauważyć – warto też coś z nim zrobić.

Teledysk, o którym wspomniałaś, ma formę filmową, można się tam doszukać fabuły. Trudno przejść jednak obojętnie obok faktu, że w nim latasz. Skąd w ogóle pomysł na coś takiego?

Rzeczywiście, a dokładnie lewituję! Pomysł lewitacji to tak naprawdę kontynuacja tego, co zrobiła na sesji zdjęciowej do mojej płyty fotografka Aleksandra Zaborowska. Zanim umówiłyśmy się na sesję, trochę rozmawiałyśmy. Próbowałam Oli przekazać to, co czuję, a ona przekuła moją historię i emocje za pomocą fotografii w obraz. Dla mnie unoszenie się jest właśnie symbolem oderwania się od czegoś i spojrzenia na sprawy z innej perspektywy.

Taki moment, kiedy zrozumiałam, że z korpo jest mi już nie po drodze. Potem tę symboliczną lewitację Roman Przylipiak, reżyser klipu do singla „Wypalenie” przelał z kolei na ekran. Nie jest to pierwszy teledysk, który zrealizował. Ale porównując tę produkcję do jego realizacji, chociażby reklamowych, na pewno jest to coś zupełnie innego. Wracając do latania, okazuje się, że to wcale nie jest aż tak przyjemne, jak mogłoby się wydawać (śmiech). Do tego fragmentu przygotowywało mnie trzech kaskaderów ze Stunt Service, którzy wcześniej szyli na miarę dla mnie tzw. uprząż, a na planie podpowiadali mi, w jaki sposób trzeba się ruszać, żeby zapanować nad zwisającym w powietrzu ciałem… Mam nadzieję, że na ekranie nie widać grymasów na mojej twarzy, a jedynym dowodem na to, że latanie może boleć, były moje wszechobecne siniaki (śmiech). Ale żeby nie było – podczas sesji zdjęciowej również nie każda lewitacja była fizycznie łatwa do odtworzenia. Szczerze mówiąc, myślałam, że będę leżeć i pachnieć, a już przy pierwszym ujęciu, okazało się, że muszę w taki sposób balansować ciałem, żeby z jednej strony jakoś wyglądać, a z drugiej nie spaść i nie złamać sobie drugiej ręki!

Rzeczywiście, na zdjęciach i na ekranie zupełnie nie widać tego poświęcenia i ryzyka. Za to nurtująca jest ta pierwsza ręka – złamałaś ją na planie zdjęciowym do teledysku?

Zdecydowanie nie, na planie zdjęciowym sesji i teledysku było bezpiecznie. Oprócz tego, że rozwaliliśmy drona w drobny mak, nic się nikomu nie stało. Pracowaliśmy w bezpiecznych warunkach. Rękę złamałam jeszcze w okresie nagrywania płyty, czyli jakiś rok temu. Pamiętam, że kilka dni po nagraniu solówki saksofonowej właśnie do singla „Wypalenie”, włączył mi się mój korporacyjny perfekcjonizm. Zaczęłam się zastanawiać, czy to jest najlepsze solo, jakie mogłam tu zagrać czy może powinnam je poprawić. Odpowiedź przyszła szybko – wypadek na rowerze, który zakończył się zmiażdżoną kością, operacją, a potem kilkumiesięczną rehabilitacją. Wtedy właśnie okazało się, że nie wiadomo, czy w ogóle zagram jeszcze na jakimkolwiek instrumencie. To zdarzenie spowodowało, że razem z Basią Bashi Derlak i Harrym Tomkiem Waldowskim, z którymi tę płytę stworzyłam, ruszyliśmy z kopyta do przodu.

Jak widać droga poza korpo również bywa wyboista. Czy Bashi i Harry’ego poznałaś właśnie w pracy?

Oj nie, świat korpo jest im zupełnie obcy. Basia, wokalistka zespołu Chłopcy kontra Basia i Harry – producent, ale też na co dzień perkusista zespołu LemON, to ludzie od lat związani z muzyką. To była bardzo ciekawa przygoda, zarówno pod względem pracy nad tekstami z Basią, jak i szukaniem muzycznych kompromisów z Harrym (śmiech). Jestem wdzięczna, że trafiłam właśnie na nich. To otwarci i wrażliwi ludzie, dzięki czemu mogłam się otworzyć bez skrępowania zarówno w tekstach, jak i w studio. Chociaż trudne chwile też były – proces nagrywania płyty okazał się dla mnie swego rodzaju autoterapią.

Wspominałaś również o saksofonie. Nie jest to typowy instrument, na którym gra co drugi Polak czy Polka. To jednak nie to samo, co gitara. Jak to się stało, że po tylu latach w korporacjach nagle grasz na tym samym instrumencie, co słynna Candy Dulfer?

Faktycznie – z szafy wyjęłam go nagle, ale jednak po latach. Był taki czas w moim życiu, że nawet przez chwilę myślałam, że moje życie będzie połączone z muzyką, ale to było dawno temu i nieprawda (śmiech). Z saksofonem zaczęłam przygodę, kiedy w moim domu rodzinnym pojawiły się dwa stare egzemplarze, po moim wujku, który grał w czeskich orkiestrach. Rzeczywiście, kiedyś uczyłam się gry na saksofonie, nie kontynuowałam jednak nauki na tyle, żeby pójść w to drogą zawodową. Coś tam mi jednak zostało i tak postanowiłam odważyć się, odkurzyć go i zagrać w kilku kawałkach na płycie. Moja rodzina nie należy do szczególnie muzycznych, w zasadzie jest tak pół na pół. Jeden z moich braci również przez chwilę miał muzyczną przygodę z puzonem. Z kolei drugi ma zupełnie inne zdolności – pamiętam, że kiedyś próbowałam go nauczyć jakiejś kolędy na flecie prostym, do dzisiaj wspominamy to ze śmiechem! Przynajmniej ja (śmiech).

Skoro przez większość czasu nie zajmowałaś się muzyką, czym zajmowałaś się w korporacjach?

To temat rzeka, ale tak pokrótce – zaczynałam od stanowiska sekretarki. Tak! Wtedy nie było jeszcze kogoś takiego jak asystentka. Przyszłam na zastępstwo na bodajże 10 miesięcy, a zostałam ponad… 10 lat. Na początku szukałam swojego wymarzonego miejsca, biorąc udział w różnych projektach, zajmując się produktami i procedurami. Te ostatnie zdecydowanie nie były jednak dla mnie. Bo chociaż potrafię być skrupulatna i dokładna, to jednak rutyna mnie zabija. I kiedy w pierwszej korporacji doszłam do momentu, w którym mogłam zrealizować swoje największe marzenie zawodowe, zaczęłam się zastanawiać na poważnie – co dalej? A z drugiej strony mocno odczuwałam już wtedy zmęczenie materiału. Były to pierwsze symptomy wypalenia zawodowego, ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałam. Myślałam, że po prostu potrzebuję zmiany, więc zmieniłam jedną korporację na… drugą. Zaczęłam pracować jeszcze więcej, intensywniej, aż znowu doszłam do ściany, tym razem twardszej i wyższej. Trudno było mi ten mur rozwalić, a jeszcze trudniej przeskoczyć. Miała być więc kolejna korporacja – na szczęście w porę się ocknęłam. I stwierdziłam, że muszę zrobić sobie przerwę, bo inaczej zwariuję. Ale kiedy pracoholiczce zabierasz źródło nałogu, to wiedz, że musisz je zamienić na inne. Wiedziałam, że nie dam rady tak po prostu nic nie robić. Było kilka momentów, ważnych rozmów w moim życiu, które w końcu pokazały mi, że przed czymś uciekam, ale czy wiem, dokąd? Uświadomiłam sobie wtedy, że nigdy nie dałam sobie szansy spróbować czegoś, co w mi duszy grało od dawna – muzyki. To był moment, kiedy postanowiłam wejść do studia i wszystkie doświadczenia życiowo-zawodowe, które uzbierałam przez ostatnie kilkanaście lat, przelać na płytę.

Z tego, co rozumiem, na ten moment wypuściłaś pierwszy singiel z płyty „Każdy ma swoje Korpo”. Kiedy możemy się spodziewać całej płyty?

Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Podobno Eistein powiedział, że szaleństwem jest robić wciąż te same rzeczy i oczekiwać innych rezultatów. Postanowiłam więc, że w muzyce będę działać nieco inaczej niż w korpo (śmiech). Czyli bez planów A, B i C, targetów, ASAP-ów – jednym słowem na większym spontanie. Co oznacza, że nie do końca wiem, kiedy zdecyduję się wypuścić całą płytę. Być może będzie jeszcze jakiś singiel? Zobaczymy!

Powiesz nam w takim razie na co czekamy? Czego możemy się po tej płycie spodziewać?

Wszystko zależy od tego, o jakiej sferze mówimy. Muzycznie przyznam, że nie chciałabym jej szufladkować. Niech ocenią to słuchaczki i słuchacze. Jest tam trochę elektroniki, są też żywe instrumenty, a nawet kwartet smyczkowy! No i oczywiście ten mój odkurzony po latach saksofon. A o czym są teksty? Być może się mylę, ale czuję, że każdy odnajdzie w nich cząstkę swojego życia. Bo umówmy się – opowiadam w nich o moich zawodowych i życiowych historiach, jestem taką samą babeczką, jak inne. Kobietą, która przez lata pracowała na etacie. Nie wzięłam się z kosmosu. Zaczęłam wprawdzie z dość trudnym tematem, jakim jest wypalenie zawodowe, które przecież dotyka aż 2/3 z nas. Nie sposób przejść obojętnie obok informacji, że jesteśmy 3. (!) krajem w Europie z największą liczbą osób, których dotyka wypalenie (wg badania na zlecenie STADA). To jest dość przerażające. Myślę, że to jest już najwyższa pora, żebyśmy to sobie uświadomili i przynajmniej zaczęli o tym otwarcie rozmawiać. Za pomocą singla „Wypalenie”, chciałam właśnie na ten temat zwrócić uwagę. Jest jeszcze co najmniej kilka kawałków na płycie, które poruszają równie wymagające sfery naszego życia. Ale myślę, a przynajmniej chciałabym, żeby każdy z nich dawał nadzieję na lepsze. Bo podobno połowa sukcesu to uświadomić sobie problem, a kolejna – zacząć coś z nim robić. Każdy ma swoje korpo – grunt to je w odpowiednim momencie zauważyć i zadziałać.

W takim razie czekamy na kolejne dźwięki i ważne sprawy. Mam nadzieję, że jednak płyta wyjdzie na asapie!

Rozmawiała Magdalena Wilczak

Pierwszy singiel jest dostępny we wszystkich serwisach streamingowych, a teledysk można zobaczyć na YT.